Mimo, że jest dopiero koniec lipca, widok za oknami przypomina bardziej środek jesieni. Przygotowując się do wyścigu w Głuszycy już na początku tygodnia można było mieć pewność, że nie ma co liczyć na suche warunki. Nawet jakby nagle wyszło słońce, to potrzeba by było kilku dni, żeby wysuszyć trasy w Górach Sowich. Jak wiadomo nawet w środku upalnego lata na zboczach Wielkiej Sowy zawsze znajdzie się trochę błota. Po deszczowej sobocie na niedzielę zapowiadała się powtórka z Bike Maratonu w Jeleniej Górze. Niedzielny poranek nie zachęcał do wsiadania na rower, ale... raz się żyje.
Przed samym startem organizatorzy przygotowali jeszcze niespodziankę - zmienili trasę dystansu MEGA, ponieważ pewne fragmenty były prawdopodobnie nieprzejezdne. Pogoda w górach jest nieprzewidywalna, ale najpierw przez cały sezon na stronie WWW wiszą trasy z zeszłego roku z informacją, że są aktualne także w 2011. Następnie tydzień przed startem się wszystko zmienia, a w dniu startu kolejne zmiany. Tak więc nie wiedziałem za bardzo czego się spodziewać na trasie. Pewne było tylko, że nie będzie łatwo dojechać do mety.
Początek był nawet przyjemny, bo jadąc nie najwyższym tempem za pilotem ulicami Głuszycy można było się dobrze dogrzać. Po kilku kilometrach asfaltowego rozjazdu zaczął się szutrowy podjazd. Zaraz za nim pojawił się pierwszy techniczny zjazd - środkiem szerokiej szutrowej drogi biegła głęboka koleina. Trudno było się utrzymać na jej wąskich brzegach. Zjazd na dno koleiny wiązał się z zejściem z roweru, a zeskoczenie z roweru musiało być bardzo sprawne, bo z góry spływał nieustający potok ludzi na rowerach, którzy na pierwszym zjeździe woleli nie korzystać za bardzo z hamulców. Na następnych kilometrach jechało się nawet w miarę sprawnie, wbrew pozorom wilgoci nie było przesadnie dużo (w końcu były to Góry Suche) i cały czas miałem także sucho w butach, co mnie bardzo cieszyło. Dosyć szybko pojawiło się 25 km. na liczniku i chwilę później przejeżdżało się ponownie przez Głuszycę, gdzie wyścig kończyli już zawodnicy z dystansu MINI.
Od tego momentu trasa zbliżała się do masywu Wielkiej Sowy, zaczynało brakować świeżości w nogach na podjazdach, a zjazdy w postaci mieszaniny kamieni, korzeni i błota stawały się coraz trudniejsze. Na szybkich, sztywnych odcinkach pojawiał się nieraz gruby żwir utrudniający dohamowywanie przez zakrętami. Szczególnie wyczerpujący był odcinek gdzieś w okolicy Osówki. Tutaj też po raz pierwszy wlała mi się woda do butów z jakiejś kałuży, więc i tak przez pół wyścigu miałem dużo szczęścia. Niedaleko przed podjazdem na Masyw Sokół zdarzyło mi się coś, czego jeszcze nie przeżyłem na rowerze. Jadąc szybką polną drogą zauważyłem wielką kałużę na środku. Szybko pomyślałem: nie będę przejeżdżał przy krawędzi drogi, bo tam na pewno ugrzęznę w błocie, pojadę środkiem, bo tam na pewno jest grzbiet ścieżki. Niestety, tam musiała być dziura, bo wjechałem na pełnej prędkości z pół metra pod wodę i przez chwilę czułem się, jakbym wskoczył z rowerem do basenu. O dziwo, przejechałem jakoś i mam nadzieję, że jakiś fotograf zrobił w tym miejscu zdjęcie życia. Stromy i trochę podmokły podjazd na szczyt Sokoła okazał się w pewnym momencie ponad moje siły. Na szczycie pojawiła się gęsta mgła i przenikliwa wilgoć, która odbierała trochę zapału do dalszej jazdy. Na wąskiej, krętej ścieżce w dół można się było trochę zregenerować, ale trzeba było uważać, bo widoczność sięgała najwyżej 20m, a można się było trochę rozpędzić...
Byłem trochę zaskoczony, kiedy pojawiłem się na Przełęczy Sokolej i zauważyłem, że dystans MEGA jednak wjeżdża się na Wielką Sowę. Asfaltowy podjazd w stronę schroniska Orzeł prawdopodobnie bym podjechał, jednak w tym momencie nie wskakiwały mi już dwa najbardziej miękkie przełożenia (poluzowała się linka od przerzutki) i nie starczyło siły, żeby twardo kręcić do końca asfaltu. Za schroniskiem trzeba było dodatkowo powalczyć ze śliskimi kamieniami na trasie. Za chwilę zaczął się ostry, kamienisty zjazd z pionowymi uskokami i po jakimś czasie podjazd na Kozie Siodło, skąd można było atakować szczyt Wielkiej Sowy. Ten odcinek nie jest łatwy nawet przy dobrej pogodzie, a w momencie, gdy kamienistą ścieżką płynął wartki strumyk warunki zrobiły się dość ekstremalne. Na kolejnym kamienistym zjeździe ze szczytu w kierunku przeł. Sokolej nie było mowy o regeneracji sił, ponieważ dużego wysiłku wymagało samo utrzymanie kierownicy i równowagi na rowerze. Jazda przypominała wycieczkę na pole minowe, bo każdy większy kamień groził zablokowaniem koła i przeskok przez kierownicę. Kolejnym trudniejszym miejscem był jakiś zjazd głębokim, nierównym żlebem między Małą Sową a Rzeczką, który skończyłem w krzakach. Jeszcze na ostatnich kilometrach można było sobie przypomnieć, dlaczego maratony G&G są uważane za najtrudniejsze w Polsce. Zanim dojechało się do w miarę wygodnego szlaku rowerowego trzeba było pokonać podjazd, a raczej podejście wąską, błotnistą ścieżką.
Był to jeden z moich najdłuższych przejazdów w maratonie na dystansie MEGA (czas: 04:04:57), niewiele później, mimo problemów z przerzutkami dojechał Paweł (04:18:00).
Wyniki teamu Czasnarower.pl: